Pokochać swój dom na nowo


Patrząc wstecz na ten zakończony rok – nieźle nas przeciorał. Emocjonalnie i fizycznie. Wycisnął do cna zapał i entuzjazm, wykończył choróbskami i brakiem wolnego czasu. Pozwolił tylko na jeden krótki wakacyjny oddech, by zaraz zacząć poganiać bacikiem, rozpędzając do galopu. Skutek był taki, że na dwa ostatnie miesiące rozłożyłam się w łóżku, przechodząc z jednej infekcji i kuracji antybiotykowej w drugą, ze spektakularnym apogeum w Święta. (Nie pytajcie co mój mąż przyszykował na Wigilę ;) Wegetując tak odizolowana w wyrku, obsypana zużytymi chusteczkami, patrzyłam z rezygnacją na ziejące czernią dziury po obrazkach i wszystkie te pajęczyny za meblami, których nie zdołała zakryć rosnąca w tempie astronomicznym sterta brudnych ubrań (no w końcu automat do prania się zepsuł ;)) W takich okolicznościach przyrody nawet najukochańszy dom, może stać się znienawidzonym więzieniem. I ja czułam jak wraz z gorączką ta miłość do domowych pieleszy się wypala.


A minęło równo 10 lat odkąd wprowadziliśmy się do tego naszego małego mieszkanka. Na początku z naddatkiem wystarczyło dla początkującego małżeństwa. Mogliśmy w zachwycie i upojeniu ganiać się po tych 54 m2. Gdy pojawił się pierwszy syn – miejsca zrobiło się na styk. Każdy miał swój kawałek podłogi. Przy drugim – zaczęliśmy już jednak na siebie wpadać. Trudno było wykroić spokojny kąt, pobyć chwilę sam na sam (co najwyżej awaryjnie w WC, bo u nawet prysznic nie daje gwarancji intymności). I choć podjęliśmy decyzję o budowie domu, to jeszcze bardziej utrudniło nam mieszkanie tutaj – zaniechaliśmy jakichkolwiek remontów czy wymiany mebli, mając na uwadze przyszłą przeprowadzkę. Stan kanapy woła więc o pomstę do nieba, a ze stołu płatami odchodzi politura. Ściany zszarzały, meble pożółkły. Młodszy dalej śpi w niemowlęcym łóżeczku (choć jeden powód, aby cieszyć się, że z niego taka kruszynka), a wszystkie zabawki koczują w salonie. Tkwimy w tym zawieszeniu od trzech lat, ciągle wierząc, że w tym roku to już na pewno, że jeszcze kilka miesięcy i się stąd ruszymy. Ta nadzieja pozwala przetrwać kolejny dzień w tym codziennym ścisku i chaosie, ale pozbawia jednak radości z życia „tu i teraz”. Dodatkowo przymusowa odsiadka w łóżku jakoś pozytywnie na stan uczuć do tego mieszkania nie wpłynęła. Nie dała okazji do upojnego nacieszenia się rozkoszną samotnością w czterech ścianach. Poczułam, że iskra pożądania zgasła. Zostało tylko stare przyzwyczajenie. Co jeśli i ono przestanie nam wystarczać…

Wszystkie poradnik jednak trąbią, że o dobre związki to trzeba walczyć. Codziennie pielęgnować i dawać kolejną szansę. Nawet jeśli w kącie leżą brudne skarpetki i zapomniane gazety. Wzruszać ramionami, podnosić i iść dalej. Wierzyć, że choć stare, to dalej mogą być jare!

Tak więc wychodzę z tym planem na Nowy Rok – niezależnie od budowlanych perypetii, wykrzeszę więcej ciepłych uczuć do obecnego lokum. Będę się o niego troszczyć i odkopywać z gruzu, krok po kroku. Zmieniać co się da i zaakceptować, czego zmienić się nie da. Pokochać naleciałości. A finalnie może wyciągnę z tego dobre lekcje i przestanę działać na partyzanta w tym nowym, dopiero wykańczanym. Porządkując chaos w obecnym mieszkaniu, uporządkuję też chaos w głowie. Zbiorę na blogu wszystkie moje wnętrzarskie rozterki i designerskie miłostki, wykorzystam przy urządzaniu nowego. W końcu tam dom twój, gdzie serce twoje!
 

To moja droga na 2020, moje poszukiwania. Tylko tyle i aż tyle. Zaczynam od sypialni, w końcu to ona mi ostatnio najbardziej obmierzła. 

Poniżej szybka noworoczna biurkowa improwizacja. Jeszcze przed listopadem udało mi się przenieść Kubusia do pokoju Jasia, dzięki czemu uzyskałam zaciszy kąt tylko dla siebie (hell, yeah!). Teraz muszę go tylko stuningować, tak aby służył zarówno jako domowe biuro, jak i babska toaletka. Ale o tym następnym razem. Stay tuned!










Komentarze

  1. Witaj :)
    Mam wrażenie jakbym czytała o sobie, o mojej sytuacji... Od 6 lat (!), w zasadzie nic nie robimy, bo nie opłaca się wydawać pieniądze, lepiej zbierać na nowe. I już zamieszkamy w nowym w kolejnym roku, i tak minęły lata. Potem, kiedy koniec roku się zbliża, miotam się z wściekłości (że znowu się nie udało), z bezsilności (bo tak już bardzo bym chciała odpocząć, a nie wiecznie remontować, na kartonach żyć), i z nadzieją, bo przede mną kolejny rok (a nóż widelec, w tym roku się uda?) :):):)
    Co roku,w starym (coraz bardziej nieestetycznym) mieszkaniu dokonuje jakiś zmian, poprawek, bym przez chwilę poczuła się lepiej...
    Obserwuję Ciebie na Instagramie, zachwycam się twoimi kątami, aranżacją... życzę Ci aby Wasze marzenie dotyczące domu, jak najszybciej się spełniło!
    Zdrowia również życzę ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, współczuję, sześć lat to kawał czasu! Macie coś upatrzonego na horyzoncie?
      Ja nie planuję jakichś spektakularnych zmian (wiadomo, ta kasa), ale może choć te pająki wygonię i ściany pomaluję ;)
      I bardzo dziękuję Ci za te przemiłe słowa, uskrzydlają :*
      Uściski!

      Usuń
  2. My już cztery lata mieszkamy w naszym m2 i nie mamy nic zrobione jak byśmy chieli. Prócz pokoju dziecka.
    Ale mam plan sypialnie skończyć do kwietnia.
    Tam moim biurkiem niestety będzie półka. Nie mam gdzie wstawić biurka. Dlatego goszcze się w salonie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też tułałam się po całym domu z rzeczami, zanim wreszcie po latach udało mi się wygospodarować coś zacisznego, gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzał. A myślałaś o stoliczku ze spuszczanym blatem? Może takie "czasowe" biurko byłoby jakimś rozwiązaniem?

      Usuń
  3. Świetny tekst. Jestem mamą 3 letniego Witka i 7 miesięcznej Ali. Wpadłam kiedyś na Pani bloga w poszukiwaniu tapety i dzięki temu mój synek ma w pokoju piękna przygodowa tapetę :-) Też żyjemy we czwórkę na 53 mkw. Synek ma własny pokój a córka śpi z nami w sypialni. Ech... Jak bardzo marzę o odzyskaniu sypielni tylko dla nas. Jestem pewna, że czeka mnie dokładnie taki sam scenariusz za kilka lat. Wiem to już odkąd urodziłam pierwsze dziecko :-) Moim marzeniem jest własny mały domek, w takim mieszkałam z rodzicami. Więc pewnie będę dążyć do tego aby Marzenie spełnić, tak jak Pani.Zycze powodzenia i wytrwałości. Pozdrawiam serdecznie. Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje za ciepłe słowa! Ja też jako dziecko byłam "domkowa" i zawsze traktowałam to mieszkanie w bloku jako stan przejściowy - szkoda tylko, że to wszystko się tak niemiłosiernie wydłużyło.
      Trzymam kciuki za spełnienie Twoich domkowych marzeń!
      Ściskam!

      Usuń
  4. Świetny wpis. Mam nadzieję, że wszystko potoczy się po Twojej myśli. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawy i inspirujący artykuł. Warto było tutaj zajrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakbym czytał o naszym obecnym stanie. 56m2. Jedno dziecko, następnie drugie. Ciasno i brak miejsca na wszystkie graty. Jesteśmy w trakcie budowy i z oczekiwaniem na nowe. Już nawet nie myślimy o tym aby coś robić w obecnym mieszkaniu tylko oczekujemy na nasze nowe miejsce do życia. Ciekawe wpis, dobrze się czyta, oby więcej takich :))

    OdpowiedzUsuń
  7. nie przejmuj się, każdy ma momenty takie, że czuje się wypalony, że pasja go odpuściła, ale potem wszystko wraca do normy, trzeba dać sobie czas :) też sądziłam że już nie mam co zmieniać we wnętrzu i to koniec, a potem dałam tu jakieś poduszeczki, listwy brązowe zmieniłam na białe listwy podłogowe, jakaś naklejka na ścianie i jakoś wszystko wróciło na swój tor :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo ciekawy i poruszający wpis. Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

MÓJ INSTAGRAM - PLISZKA MONIKA

Copyright © My little nest