Ta mała dziewczynka

W podstawówce goniono mnie za paznokcie pomalowane brokatowym lakierem mojej mamy. Spódniczki nie mogłam mieć krótszych niż przed kolanko, no i buty ewidentnie bez obcasika. Za to jako jedyna w szkole śmigałam w różowych trampkach i fioletowo-metalicznych getrach z lycry, pardonsik legginsach.

W liceum nie mogłam się farbować – bo co nauczyciele pomyślą. I nosić ścioranych ubrań – taki wstyd przed ludźmi. Przesiadywałam więc z panczurami w parku ubrana w zwiewne sukienki, wczepiając dla urozmaicenia sztuczne kwiaty spinkami we włosy. Byłam boho za nim stało się modne ;)

Kiedy moi koledzy na studiach wciskali się na siłę w korpodressy, ja biegałam na egzaminy w żółtym berecie i żółto-czarnym dwumetrowym szaliku (nie, Pottera wtedy jeszcze w Polsce nie czytali). Przesiadywałam też zwyczajowo w Ogrodzie Saskim, ubrana od stóp do głów w bordo, gdzie zamiast zakuwać prawo cywilne, czytałam sentymentalne wiersze. Och, ja mnie kręciły mnie takie kolorystyczne komplety i egzaltowane stylizacje!

Potem jednak nastała szara rzeczywistość – pierwsza praca, narzucony odgórnie dress code i szafa pełna ponurych garsonek. Latka mijały i choć po drodze miałam dwukrotną przerwę na poplamione zupkami wyciągnięte tiszirty, to jej zawartość niewiele się na przestrzeni ostatnich lat zmieniła. Straciłam gdzieś po drodze tą wiecznie radosną i szukającą zmian dziewczynkę, biegnącą naprzeciw życiu w różowych trampkach i z kwiatami we włosach. Zgubiłam w ferworze dnia codziennego i natłoku obowiązków. Nie miałam kiedy szukać jej nowych ubrań. Zostały tyko spinki...

Przerzuciłam więc na dom moją potrzebę wyrażania siebie. To w nim, zamiast na sobie, mam radośnie, różowo, ptasio, pastelowo i kwieciście. I choć we wnętrzach też obowiązują bieżące mody, wytyczne i zakazy, nie biorę ich do serca, wyciągam tylko to co lubię. Zapewne nie uniknę krytyki, otrę się o infantylizm. Ta mała, przekorna dziewczynka wciąż chyba we mnie jednak jest i mruga łobuzersko. Wypatruje słodkich grafik, cieszy oczy pastelowymi puzderkami. W pewnym wieku mieszkanie jest po prostu zdecydowanie łatwiej przystroić w co się chce, niż samą siebie. No i nie zmienia tak często rozmiarów ;)

Dla koneserów takiego stylu – odrobina pastelowo-kwiecistych zdjęć, jeszcze z kwietnia. Zielone zasłony, przewieszone z pokoju chłopaków, zdecydowanie dobrze leżą w tym miejscu. Wyszczuplają, nieprawdaż? ;)







Teraz chyba jednak najbardziej widać tą małą dziewczynkę w sypialni. Widzieliście => Wiosenne przebudzenie ?

To komu jeszcze alter ego nie daje spokoju i pałęta się po domu?

Pliszka

Małe przyjemności, wnętrzarskie różności, domowe szaleństwa - wszystko to w moim małym gniazdku w centrum dużego miasta. Podoba Ci się mój kawałek Internetu? Zostaw komenatrz lub dołącz do mnie na FB. Bądź na bieżąco ;) Zapraszam!

11 komentarzy:

  1. Kurczaki, chyba moje...
    Choć ostatnio pozwalam mu zakraść się do mojej garderoby ;) Działamy razem - w domu i na mnie ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczne pastelowe kolorki!!! Serdecznie pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
  3. urocze biurko miejsce pracy i kreatywności- jasne i kobiece :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepiękna aranżacja. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne są pastele w Twoim wydaniu💜💖💜💖
    Podziwiam za konsekwencję w doborze koloru💜💜💜
    Pozdrawiam💜

    OdpowiedzUsuń
  6. Przepiękny kącik. Wszystkie elementy idealnie ze sobą współgrają. No i te kolory... :)

    OdpowiedzUsuń