Jak pracować i nie zwariować (z rozbrykanymi dziećmi w domu)

To co się wydarzyło na świecie zaskoczyło nas wszystkich. Nikt nie spodziewała się chińskiej apokalipsy. Nasze życie wywróciło się do góry nogami i wyrzuciło na całkiem inne tory. Tysiące ludzi utknęło w domach i wymyśla sposoby jak przetrwać i się nie znudzić. Wirtualne muzea, webinaria z samorozwoju i zdalne kursy jogi. Lepienie pierogów, trójwymiarowe, rozkładane wycinanki i czytelnicze wyzwania.

Siedzę w domu z rodziną i ja. Siedzę już drugi tydzień, ale bynajmniej się nie nudzę. Firma dała możliwość pracy zdalnej i chwała jej za to. Osiem godzin stukam w klawiaturę, odganiając od siebie dwa skaczące tygryski, które właśnie znudziła zabawa klockami, puzlami, planszówkami, autami (wstaw co pięć minut inne), w czasie gdy mój mąż gotuje obiad w kuchni. A odganiać się muszę, gdyż nie zdążyłam zamontować skobla w drzwiach czy innego zamka. Łobuzy zaś jedne wyczuwają za drzwiami matkę i choć uświadomione ciężącym na mnie obowiązkiem – drapią, jak te koty we framugę lub recytują pod drzwiami łobuzerskie wierszyki, czekają tylko jak ryknę śmiechem w trakcie telco z kierowniczką. A ja wiercę się już jak piskorz na przytwardym krzesełku i staram poczuć się stosownie do wagi prowadzonych rozmów. No nie przygotowałam się na tą apokalipsę totalnie.

I jak tu proszę Państwa w takich warunkach pracować? Ano trzeba jakoś ;) Jeśli nie jesteś doświadczonym w "hołm ofisach" freestajlowym freelancerem, tylko tak jak ja, zaskoczonym rodzicem przypartym do muru, podrzucam kilka rad. Może choć ociupinę wrzucą tę pracę w domowych pieleszach na właściwe tory.

OGARNIJ PRZESTRZEŃ

Nie wiem czy szef zaliczy Ci to do czasu pracy, ale inaczej to się nie da. Siedzenie w czterech kątach, które zazwyczaj kojarzą się z miękkimi kocykami, stertą poduch i wyciągniętym dresem, dodatkowo strasząc stertą niewyprasowanego prania, może działać totalnie demobilizująco. Pierwsze co więc zrobiłam, gdy tylko wylądowałam w domu z firmowym kompem, to poszurałam meblami.
Możliwość pracy w salonie mi odpadła, bo na czas zawieszenia zajęć, moje chłopaki zaanektowały go, robiąc gigantyczny tor przeszkód i plac zabaw, ze zjeżdżalnią na środku. Kuchnię zajął mąż, stając się na czas epidemii naczelnym kucharzem i strażnikiem reglamentowanych zasobów żywnościowych. Kibel z przyczyn naturalnych nie wypalił - zabrakło gniazdka :D. Została  więc  sypialnia, pełna rzecznych kocyków, poduch i prania. Z urokliwie  rozpraszającym widokiem na mięciutkie, pościelone łóżko, tylko czekające, aby choć na chwilę się w nie zapaść. Oj, zdecydowanie taki widok odwraca uwagę od obowiązków. Odczyniłam więc małe feng shui i zamieniłam miejscami sekretarzyk z komodą, zostawiając w tyle spanie. Schowałam nadmiarowe poduchy i wyniosłam do łazienki pranie (niestety tym samym zastawiając ostatnie możliwe i wolne od ludu schronienie w tym domu). Drzwi zamknęłam. I choć krzesełko przy ósmej godzinie jak uwierało, tak dalej uwiera, to koncentracja została przywrócona. Teraz już nie mam takiej nieodpartej chrapki na leniuchowanie.  Jeśli jednak dalej masz, to...

OGARNIJ SIEBIE

No dobra przyznaję się, przez pierwsze kilka dni nie mogłam powstrzymać się od siedzenia przy biurku w piżamie. W końcu z łóżka nie tak daleko do laptopa. Ale myśląc o tych wszystkich ludziach, z którymi rozmawiam na telco czy koresponduję, poczułam się w po tygodniu jak totalna fleja. Nie żeby piżamka była brzydka. Oni po prostu w tej mojej głowie, to jednak dalej byli w tych garniakach i żakietach, a nie w dezabilu. Co prawda nie wskoczyłam od razu w garsonkę ani szpilki, ale jednak, w ramach korpo dressu wciągam na siebie wyjściowy dres. I oko nawet robię, a co! Ale to już dla męża bardziej, żeby nie miał nigdy więcej argumentu, że tylko do koleżanek się maluję ;)

OGARNIJ CZAS

Nic nie wprowadza tak poczucia kontroli w czasie chaosu, jak odrobina planowania. Skoro nie możesz przewidzieć co będziesz robił za miesiąc, miej chociaż minimalny wpływ na to co zrobisz jutro po południu! Na szczęście obowiązki firmowe wprowadzają mi kierat, który daje poczucie normalności i odwraca uwagę od wewnętrznych rozterek. A to moje planowanie nie kończy się tylko na ilości firmowych tematów do obrobienia. Organizuję też czas na drobne wyzwania domowe („jedna szuflada dziennie”) czy codzienne odrabianie lekcji i porządki, ucząc dzieci samodzielności i systematyczności. Bo choć jesteśmy w domu, to jednak nie na każde ich wezwanie. Bo obowiązki jak były, tak są i będą. A harmonogram pozwala przywrócić życiu jakieś pozory stabilizacji.

OGARNIJ DZIECI

Z tym to jest jednak trochę większy problem. Jako matka szalonych, hałaśliwych i nakręcających się nawzajem potomków płci męskiej lat 5 i 9 (najgorsza różnica wieku), poszłam na początku na łatwiznę i wcisnęłam w łapy kontroler do konsoli - niech wyżywają się wirtualnie, a nie matce nad głową. Jednak po tygodniowy szale grania i przekrwionych oczu, powiedziałam stop. Otrząsnęłam się migiem z szoku i zaadoptowałam do nowych warunków, siebie i dzieci  To nie koronaferie, czy inne wakacje od życia.  Nie wiemy, ile to wszystko będzie jeszcze trwało. A nabyte teraz rozwydrzenie, złe nawyki i inne wady (wzroku) mogą zostać na długo dłużej. Kiedy to już nikt nie będzie pamiętał, co to za epidemia w tym 2020 była. I tu też przydały mi się porządki. Na stałe, na stole w salonie zagościły ryza papieru, pudło kredek, farby, plastelina i stos gazet do wycinania. Dzieciaki wyżywają się w ciągu dnia twórczo, a moim jedynym, dodatkowym utrapieniem jest częste mycie blatu ;) Wirtualną rzeczywistość zostawiam na weekendy i awaryjnie na czas, kiedy kompletnie już nie damy rady ogarnąć tej realnej, nowej rzeczywistości wokół. Mam nadzieję, że sił i kartek starczy jeszcze na dość długo ;)

ODETNIJ SIĘ

No dobra, czasami nawet zamknięte drzwi mi nie wystarczą. Jeśli nie uczestniczysz właśnie w piątej telekonferencji z rzędu, zapodaj sobie muzykę. Taką która uspokaja oddech. Może sobie lekko lecieć w tle, kiedy starając się policzyć wartość aktywów trwałych, musisz  być mimowolnym słuchaczem kłótni latorośli o ich najulubieńszą zabawkę. Dla mnie najlepszym ukojeniem dla zszarganych nerwów są rytmiczne piosenki Buena Vista Social Club. A dla Was?

RUSZ SIĘ

Siedzimy jak by nie było osiem godzi przy kompie. I nawet jeśli robisz sobie te ustawowe pięciominutowe przerwy co godzinę, to zdecydowanie za mało. Mam wrażenie, że w prawdziwym biurze (patrz: tym z dostępem do firmowego ekspresu) jakoś częściej się od niego odrywałam. W końcu co rusz spotkania czy inne "mitingi". A przecież nie chce skończyć tego całego hołm ofisa z tyłkiem wielkości biurka, jak bardzo małe by ono nie było. Do tej pory nieregularnie, ale jednak, trochę się ruszałam – a to lekcje salsy, spacery z dzieciakami czy nawet prozaiczne zakupy. Teraz po południu co najwyżej drepczę po domu, odkładając na miejsce rozrzucane przez szarańczę zabawki. Dlatego wrzucałam do codziennego grafiku czas na ćwiczenia. Nie tylko dzieci muszą się wyszaleć. Ja też już czuję jak kondycja zdążyła mi mocno siąść. Co jak co, ale właśnie teraz o płuca trzeba dbać jak należy. 
Sobie i Wam na lekki początek polecam zumbę z POPSUGAR. Zresztą dla każdego znajdzie się tam coś dobrego ;)

UŚMIECHNIJ SIĘ

Wiem, że trudno... Zajadę tutaj może Polyanną, Scarlett O'Harą, czy innym Kołczem Majkiem, ale trzeba przeżyć utratę tej złudnej wolności, a potem znaleźć jakiś pozytyw. Odszukać radość, pomimo braku stabilizacji. Wykrzesać energię, pomimo wewnętrznego smutku. Pomyśleć o problemach jutro. Robić co się da, by zminimalizować ryzyko, ale ciszyć się dniem codziennym. Tym co nam w nim pozostało. Kawą pitą codziennie z innego kubka  - bo ogarnęłam zapasy, przytulasem od męża mijanego w kuchni  - bo jeszcze daje rade na opiece, czochraniem dzieci w przelocie  - bo mam ich na wyciągnięcie ręki. Wiadomo, nagle może być gorzej, tym bardziej nie chce się teraz dołować. Nie chcę popadać w depresję i zajadać smutków czekoladą. Nawet przeterminowana, może być potrzebna w późniejszym terminie. Teraz wolę urządzić swoje domowe biuro najmilej jak się do - bo przecież mogę. Wyciągnąć słodkie notatniki, postawić jakąś roślinkę, powiesić fajne obrazki. I uśmiechnąć się w głębi duszy. W końcu najważniejszy jest stan umysłu. Z dziećmi na głowie, czy bez - nie możemy w tym domu do cna zwariować.


Home office













Trzymajcie się cieplutko!
Pliszka

Galeria marzeń


Od zawsze marzyły mi się duże galerie ścienne. Piękne, kolorowe kolaże plakatów i obrazów. Pamiętam dobrze jak podlotkiem będąc dekorowałam każdy swój kawałek pokoju. Przyczepiałam pinezkami i plasteliną, gdzie się tylko dało, kartki pocztowe, wycinki z gazet i postery ukochanych wokalistów. Toczyłam o to ciągle z rodzicami zażartą walkę. Bo taki misz masz robiłam i w ogóle kto te ślady po nich będzie klajstrował? A to był przecież wyraz mojego młodzieńczego buntu i mojej duszy uzewnętrznianie ;)

Teraz jestem już dużą dziewczynką i nikt mi nie zabroni robienia dziur we własnym domu. Mogę szaleć i wieszać do woli. Opanowałam obsługę wiertarki i nawet mąż nie jest mi w tym temacie do szczęścia potrzebny ;) Mogę pokazywać co mi w sercu gra i przerabiać swoje ściany na gigantyczne moodboardy. Mogę wieszać plakaty w zależności od nastroju. Zestawiać je kolorystycznie lub tematycznie, poziomo, pionowo lub chaotycznie. Wyrażać siebie, literalnie i w przenośni, na każdej linii i płaszczyźnie.

Teraz już nie muszę szukać wycinków z gazet i zbierać kartek z podróży, szukać inspiracji w starych albumach. Mogę wejść na stronę Poster Store i wybrać takie obrazy, które perfekcyjnie oddadzą co mi w duszy gra. A pragnień mam wiele! Dalekie podróże i profesjonalna fotografia, kontakt z naturą i drzwi do nowego domu. Ukochana zieleń i róż, wiosna w sercu i w głowie. Codziennie radosny nastrój.

Stworzyłam więc z tych obrazów romantyczny kolaż i wyraziłam w nim siebie. Teraz budzę się w sypialni i wiem, że to moje miejsce. Mam na ścianie galerię własnych marzeń, która wskazuje mi codziennie prywatną drogę do szczęścia.









O moich kochanych chłopakach też pomyślałam. Wybrałam im plakaty do pokoju dziecięcego. Są przepełnione wewnętrzną magią i czuję, że wprowadzą baśniowy nastrój do ich przyszłych sypialni. Będą mogli bujać w obłokach na jawie.

Na razie dla przymiarki wstawiłam je do naszej sypialni i sama zaskoczyłam się efektem. Zobaczcie jak zmieniając tylko same obrazy, zmieniłam charakter całego wnętrza!






Robiąc zamówienie dobrałam też ramki do obrazów. Oprócz uniwersalnych czarnych i białych, wybrałam te dębowe, z litego drewna. Cudownie podkreślają mi piękno botanicznych obrazów. A co najważniejsze, ramy można bez trudu otworzyć, przekręcając metalowe klamry na boki. Będę więc dalej szaleć i wymieniać plakaty do woli :)







Wy też możecie poszaleć ze mną w Poster Store.
Mam dla Was 30% rabatu na wszystkie plakaty i obrazy.
Przy składaniu zamówienia wpiszcie kod „mylittlenest30”.
Rabat jest ważny od 8 do 22 marca do północy i nie obejmuje kategorii Selection.

Ściskam!
 Pliszka  



Wpis powstał we współpracy z Poster Store.

Meblowe kreacje

Nic nie daje mi chyba większej radości niż stworzenie czegoś od podstaw. Nieważne czy to będzie prosty posiłek, wyjściowy makijaż czy farbowana poszewka. Takie poczucie sprawczości nadaje życiu magiczny wymiar. Można wziąć kilka zwyczajnych rzeczy, zakasać rękawy i zrobić coś niezwyczajnego.

Salon na każdą pogodę


Mam wrażenie, że zaczęło się zaraz po tym, jak opadł ostatni jesienny liść. Jeszcze na długo przed Świętami. Natura zwariowała i utknęła w pogodowym zawieszeniu. Słoneczne południa i pochmurne wieczory. Od rana do nocy wiatr. Za ciepło jej się zrobiło na śnieg, za zimno jednak na kwiaty. Nie chciała być powtarzalna. Może stwierdziła, że za spokojną aurę mamy w tym kraju nad Wisłą.

Biżuteryjne problemy pierwszego świata

Nigdy nie byłam typem biżuteryjnej sroczki. Nie miałam nieprzebranej ilości kolczyków, naszyjników i wisiorków, nie wyłapywałam w locie najnowszych trendów. I z racji gustu i zasobności portfela, dodatki stawiałam na drugim planie. Tłumaczyłam sobie, że to nie moje oczy cieszyłby dany nabytek, tylko oczy postronnego widza. Więc po co wydawać i po co się stroić.

Z biegiem lat jednak, chcąc nie chcąc, kolekcja się powiększała. Czy to za sprawą prezentów (oj, nigdy nie zapomnę mojemu lubemu pięknego kompletu błyskotek w znienawidznym przez mnie granatowym kolorze - tak nie znać własnej dziewczyny!), czy to konieczności dopełniania jakowejś kreacji na wszystkie rodzinne chrzciny i wesela (bo nie daj Thorze wypatrzą, że to już miałaś). Wszystko to potem trafiało do zabałaganionej i wypełnionej na ścisk szuflady z zamysłem „może kiedyś jeszcze”. A potem zaczynało zaplątywać się w zapomniane gumki do włosów, zdekompletowane kolczyki, by finalnie zaśniedzieć i obrosnąć kurzem. Lub zagubić się na amen, jak obrączka i pierścionek zaręczynowy (jak ktoś się dopytuje to przecież "męża mam w sercu"). Potem nawet już nie miałam siły ich szukać, ani ochoty ich z stamtąd wyciągać. I jeśli kiedykolwiek Madame Chic kazałaby mi wskazać w domu „miejsce wstydu”, to z pewnością byłaby to TA szuflada.

Pokochać swój dom na nowo


Patrząc wstecz na ten zakończony rok – nieźle nas przeciorał. Emocjonalnie i fizycznie. Wycisnął do cna zapał i entuzjazm, wykończył choróbskami i brakiem wolnego czasu. Pozwolił tylko na jeden krótki wakacyjny oddech, by zaraz zacząć poganiać bacikiem, rozpędzając do galopu. Skutek był taki, że na dwa ostatnie miesiące rozłożyłam się w łóżku, przechodząc z jednej infekcji i kuracji antybiotykowej w drugą, ze spektakularnym apogeum w Święta. (Nie pytajcie co mój mąż przyszykował na Wigilę ;) Wegetując tak odizolowana w wyrku, obsypana zużytymi chusteczkami, patrzyłam z rezygnacją na ziejące czernią dziury po obrazkach i wszystkie te pajęczyny za meblami, których nie zdołała zakryć rosnąca w tempie astronomicznym sterta brudnych ubrań (no w końcu automat do prania się zepsuł ;)) W takich okolicznościach przyrody nawet najukochańszy dom, może stać się znienawidzonym więzieniem. I ja czułam jak wraz z gorączką ta miłość do domowych pieleszy się wypala.

MÓJ INSTAGRAM - PLISZKA MONIKA

Copyright © My little nest