Ślónsko godka, tabula i gyszynk


Jeśli wszedłeś między Ślązaków musisz godoć tak jak oni... albo przynajmniej tą godkę rozumieć ;)

Kiedy czternaście lat temu przeprowadziłam się na Śląsk za moim lubym, z lekką irytacją słuchałam dogaduszek o Hanysach i Gorolach, historii o strasznej "zagranicy" (dla niewtajemniczonych Sosnowiec) i ciągłych ironicznych pytań czy wiem co to jest hasiok. Założyłam jednak, że to takie usilne poczucie wyróżnienia się, lokalnego patriotyzmy, z którym spotykałam się przecież czy to wychowując się w Kielcach wojujących z Radomiem, czy to studiując w Wawie naśmiewającej się ze "słoików". Bo przecież zawsze byli jacyś "my" i jacyś "oni". Ktoś tam zawsze jest przeciwko komuś: napływowi kontra miejscowi, młodzi kontra starzy, gryzipiórki kontra hajerzy. Wiadomo, że każdy uważa się za lepszych od pozostałych - na kimś w końcu trzeba się dowartościowywać. I tak też z początku odbierałam tą śląską inność i ten silny terytorializm.

Z czasem jednak zanurzałam się w śląskość bardziej kulturowo. Zaczęłam poznawać specyfikę tego regionu, tą wyjątkową odrębność. Zaczęłam świadomie zapuszczać korzenie. Wsłuchiwać się w rodzinne opowieści o fedrujących wujkach na przodku, festować na babskich combrach, poznawać zabytki techniki i sztuki. A przede wszystkim nasłuchiwać lokalnej mowy i jej melodyki. Ale nie w samym centrum miast, o nie. Nie w hipsterskich knajpkach i dużych supermarketach. Nie w pracy nawet. Bo będąc przejezdnym łatwo ją zignorować, niedosłyszeć. W końcu teraz tyle zachodnich słów się używa, że nie sposób odgadnąć czy to już gwara, czy może jednak slang albo jakiś makaronizm czy inne zapożyczenie.

A śląska godka skrywa się w odrapanych podwórkach Nikiszowca, w geszeftach z żymłami w Rudzie Śląskiej, unosi się na falach Radia Fest i TV Silesia, czaruje swoją oryginalnością na festynach. Trzeba tylko chcieć się do niej przekonać - nie traktować jej jak atak na czystość polskiej mowy. Rozkwitła przecież na skomplikowanej i trudnej historii tego regionu. Szanuję ją więc i kultywuję. I choć dalej jestem tu tylko gorolem i ciągle nie godom, to jednak jak leci "Moplikiem se jada na szychta" nucę s pod nosem wesoło i po tych czternstu latach już nawet tekst rozumiem.

Co by jednak ja i moje karlusy mogły kilka onych słówek spamiyntać - zmajstrowałam na drzewiannej romie z łobroza z kaufhousu gryfno tabule na kachelki. Czyli klasyczne memo board na przypinki ;) Ze starej ramy z Ikei pomalowanej trzema warstwami farby magnetycznej i odrobiną mięty. Nabyłam też klika fajniutkich magnesów, no i obowiązkowo podręcznik śląskiej godki. Niby język tak podobny, z odwołaniami do niemieckiego i czeskiego, ale czasami jednak zrywam boki, bo mam masę śmiesznych skojarzeń. Trudno, jak nie pęknę ze śmiechu, to może uda mi się błysnąć w kolejce i kupię te żymły, co nie wylądują na onym hasioku ;)

Jeśli też chcecie się z godką obeznać, na dole posta mam dla Was niespodziankę!














Gynsipympek, beblok, klapsznita z kyjzom czyli stokrotka, gaduła i kanapka z serem. Nie mówiąc już o krasikoniach, bebokach i ojlach. Mamy swoich ulubieńców ;)
A Wy? Znacie jakieś ciekawe regionalizmy, słówka z gwary czy slangu? Wyrazy, których przeciętny, operujący telewizyjną (jak ją nazywała moja polonistka) mową Polak by nie załapał? Wpiszcie je w komentarzach pod postem.
 
Za najzabawniejsze słowo mam gyszynk - klamoty ze śląską godką - magnesy, przypinkę i kartki.

AVREA za to żeś się nafutrowała z tymi gizdami i frelkami, podeślij mi swój adres na mój e-mail ptasiegniazdko@gmail.com, cobym Ci mogła klamoty wysłać :D


Ściskam mocno wszystkich Hanysów i Goroli,
Pliszka

I znowu przyszedł maj...

zamieszkał w moim sercu, ukwiecił wokół świat, odurzył bzu zapachem.

Znów zaczęło się chcieć i korzystać z życia. Buchnęły endorfinki, a prokrastynacja uciekła w popłochu. A ten majowy start był najlepszy z możliwych – rodzinnie, fit, wyjazdowo, z ogarniętym mieszkaniem przystrojonym w fiolety. Lepiej być nie mogło, prawda?

Ech, maju, ty niewdzięczniku! Musiałeś zepsuć sobie pogodę?

Jako meteopatka, osoba ciepłolubna, napędzana przez słońce, zależna od pór roku, Celcjuszy, Pascali, czy innych barów (nie tych z drinkami, niestety ;) wszelkie takie anomalie przyjmuję  silnymi bólami głowy i spadkiem samopoczucia, tudzież kowoopornymi napadami senności. Zawsze też wtedy towarzyszy mi nieodparta potrzeba zwinięcia się w wąskiej strefie jedzeniowo-przestrzennego komfortu. Patrz - ciepła herbatka, kocyk, książka, czekolada i tabliczka z napisem „Nie przeszkadzać, gryzę” (ludzi lub czekoladę, w zależności od okoliczności). W skrajnych przypadkach potrzebny staje się namiot z kołdry i poduszek kompatybilny z Netflixem i pizzą. Taki stan potrzeb utrzymuje się zasadniczo od października, ustępując powoli w okolicach marca, kiedy to hiacynty, kiełki i Farenheity przywracają mnie światu. Co, o dziwo, bezboleśnie się w tym roku zadziało.

Tym większy był więc szok dla organizmu, gdy po wybudzeniu się z tego zimowego letargu i rozkręceniu się na dobre w wiosennej euforii, po cudnie zielonej Wielkanocy i letnich perspektywach, znów zaczęłam marznąć, przewiało mnie do kości, a karna brygada bakterii jelitowych zamiast witaminowego szejka zażądała smażonego boczku z pepperoni. I znów się zwinęłam.

Grożę więc mu, temu maju, palcem i podrzucam klika kadrów w ukochanych kolorkach - tradycji musi stać się zadość. Udało mi się je zrobić zanim na dobre okopałam się na kanapie. Z tej miejscówki prowadzę nierówny bój z własnymi słabościami i uciekam w marzenia o promieniach słońca wpadających do domu przez okno, o kuchni pachnącej fit ;) rabarbarowym ciastem i piknikach z bzową lemoniadą. Odpędzam tymi wizualizacjami nieodpartą potrzebę zjedzenia pizzy z boczkiem i pepperoni. Jestem twarda, nie poddam się!
No dobra, ale na kolejny odcinek "Sabriny" to się jednak skuszę ;)

białe meble drewniane

TK Maxx imbryk czajnik

Fioletowe dekoracje

Znacie moje zamiłowanie do mięty z fioletem :D
Musiałam znowu zrobić kolorystyczne zestawienie, mniej lub bardziej przydatnych skarbów, wprowadzających mnie w ten prawdziwy, majowy nastrój. Co powicie więc na piknik pod krzakiem bzu, romans w pastelowej alkowie lub  retro smak ciasta? Ja się skuszę na wszystko, jak tylko ten zwariowany miesiąc wróci do swoich starych pogodowych nawyków. A może i Wam te  moje inspiracje wpłyną na poprawę humoru. Nawet kupować nie trzeba ;)

Rice melamina koszyk fioletowy

1/2/3/4/5/6/7




Zasłony miętowe fotel lila toaletka

1/2/3/4/5/6/7/8



Le Creuset Kitchen Aid fioletowy retro agd violet mint

1/2/3/4/5/6/7


Podoba Wam się zestawienie? Jak tak, to skaczcie do zeszłorocznego  =>  Majowo fioletowo.
Trzeba się trochę rozgrzać ;)


Pozdrawiam cieplutko z poduszkowych okopów,
Pliszka

Ta mała dziewczynka

W podstawówce goniono mnie za paznokcie pomalowane brokatowym lakierem mojej mamy. Spódniczki nie mogłam mieć krótszych niż przed kolanko, no i buty ewidentnie bez obcasika. Za to jako jedyna w szkole śmigałam w różowych trampkach i fioletowo-metalicznych getrach z lycry, pardonsik legginsach.

W liceum nie mogłam się farbować – bo co nauczyciele pomyślą. I nosić ścioranych ubrań – taki wstyd przed ludźmi. Przesiadywałam więc z panczurami w parku ubrana w zwiewne sukienki, wczepiając dla urozmaicenia sztuczne kwiaty spinkami we włosy. Byłam boho za nim stało się modne ;)

Kiedy moi koledzy na studiach wciskali się na siłę w korpodressy, ja biegałam na egzaminy w żółtym berecie i żółto-czarnym dwumetrowym szaliku (nie, Pottera wtedy jeszcze w Polsce nie czytali). Przesiadywałam też zwyczajowo w Ogrodzie Saskim, ubrana od stóp do głów w bordo, gdzie zamiast zakuwać prawo cywilne, czytałam sentymentalne wiersze. Och, ja mnie kręciły mnie takie kolorystyczne komplety i egzaltowane stylizacje!

Potem jednak nastała szara rzeczywistość – pierwsza praca, narzucony odgórnie dress code i szafa pełna ponurych garsonek. Latka mijały i choć po drodze miałam dwukrotną przerwę na poplamione zupkami wyciągnięte tiszirty, to jej zawartość niewiele się na przestrzeni ostatnich lat zmieniła. Straciłam gdzieś po drodze tą wiecznie radosną i szukającą zmian dziewczynkę, biegnącą naprzeciw życiu w różowych trampkach i z kwiatami we włosach. Zgubiłam w ferworze dnia codziennego i natłoku obowiązków. Nie miałam kiedy szukać jej nowych ubrań. Zostały tyko spinki...

Przerzuciłam więc na dom moją potrzebę wyrażania siebie. To w nim, zamiast na sobie, mam radośnie, różowo, ptasio, pastelowo i kwieciście. I choć we wnętrzach też obowiązują bieżące mody, wytyczne i zakazy, nie biorę ich do serca, wyciągam tylko to co lubię. Zapewne nie uniknę krytyki, otrę się o infantylizm. Ta mała, przekorna dziewczynka wciąż chyba we mnie jednak jest i mruga łobuzersko. Wypatruje słodkich grafik, cieszy oczy pastelowymi puzderkami. W pewnym wieku mieszkanie jest po prostu zdecydowanie łatwiej przystroić w co się chce, niż samą siebie. No i nie zmienia tak często rozmiarów ;)

Dla koneserów takiego stylu – odrobina pastelowo-kwiecistych zdjęć, jeszcze z kwietnia. Zielone zasłony, przewieszone z pokoju chłopaków, zdecydowanie dobrze leżą w tym miejscu. Wyszczuplają, nieprawdaż? ;)







Teraz chyba jednak najbardziej widać tą małą dziewczynkę w sypialni. Widzieliście => Wiosenne przebudzenie ?

To komu jeszcze alter ego nie daje spokoju i pałęta się po domu?

MÓJ INSTAGRAM - PLISZKA MONIKA

Copyright © My little nest