Noworoczne wzloty i upadki


I znów z początkiem roku na pierwszych kartkach kalendarza piszę sobie setki postanowień i tysiące zapewnień. Że teraz to się na pewno się uda i będę miała czas, że teraz to nic mi już nie stanie na przeszkodzie… I znów snuję wizualizacje, jak to jednocześnie będę dbać o siebie i bliskich, pracując, gotując, tworząc, ćwicząc, blogując, podróżując, budując dom i czerpiąc z życia wszystko co ma do zaoferowania.

Za dużo naraz, powiecie? Ech, chyba naprawdę ciężko pozbyć się tej naiwności, która z każdym początkiem roku dodaje zbyt dużych skrzydeł fantazji. Bo marząc i wizualizując wznoszę się zazwyczaj zbyt wysoko, tylko po to by gdzieś w okolicach listopada spektakularnie upaść ze skrzydełkami sfajczonymi żarem rzeczywistości. No, przynajmniej do tej pory tak było… Odcinam się potem od świata, pełna frustracji i żalu po niezrealizowanych planach, na caluśki listopad i grudzień, z chusteczką w ręku i trzema marudzącymi chłopami w domu, czekając na styczniowe odrodzenie jak Fenix (tudzież Pliszka) z popiołów.

MÓJ INSTAGRAM - PLISZKA MONIKA

Copyright © My little nest