Ciasto dyniowo-orzechowe do jesiennej kontemplacji

Ja chyba jakaś opóźniona jestem i dobiegam od obecnych konsumpcyjnych wymogów. Jeszcze dobrze po Halloween domu nie posprzątałam, a już mi z półek sklepowych wyskakują Mikołaje i bezpardonowo nacierają na mnie swymi obżartymi brzuchami. Rozumiem, że listopad to taki beznadziejny miesiąc, jesienna deprecha wisi za oknami i ludzie muszą się jakoś pocieszać. Ale na Gwiazdora, poczekajmy z tym entuzjazmem. Zwolnijmy, wyciszmy się trochę i poobserwujmy w spokoju zamierającą przyrodę. Cieszmy się z nadchodzących Świąt, ale z umiarem - na wielką fetę przyjdzie czas. Pozwólmy więc przyrodzie zakończyć swój cykl.

Na czerwień i marcepan najdzie mnie pewnie jednak już niedługo ochota.  Brzuchaty koleś nie odpuści, ale może uda mi się jeszcze przez jakiś czas mu opierać. Nie wytrzymam presji, ale postaram jak najdłużej zgrywać trudną, a co! ;) O Zresztą po tym wcześniejszym, mrocznym święcie pozostało mi mnóstwo dyń do zutylizowania, a i orzechowy sezon w pełni. Nie w głowie mi więc jeszcze bombki i choinki. Prezenty też zdążę przecież kupić. 

Wyciszam się więc i patrzę przez okno. Łuskam orzechy i delektuję się korzenną herbatą. Myślę o tym co odeszło bezpowrotnie i kontempluję w skupieniu najpyszniejsze ciasto dyniowe ever. Jeszcze zdążę zwariować i dostać konsumpcyjnej gorączki. Na razie odpuszczam sobie i za niczym nie gonię. Listopad ma dla mnie swój niepośpieszny klimat! 











Ciasto dyniowe z orzechami

Na formę 20x20:
  • 1 szklanka mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cynamonu w proszku
  • 1/2 łyżeczki imbiru w proszku
  • 1 szklanka drobno startego miąższu dyni
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 1/3 szklanki roztopionego masła (ok. 75 gr.)
  • 1 jajko
  • 1 - 2 łyżki tartego świeżego imbiru
  • 1 i 1/4 łyżeczki ekstraktu z wanilii (można pominąć)
  • 3/4 szklanki orzechów laskowych i/lub włoskich, posiekanych i zarumienionych na patelni
Polewa:
  • 3 łyżki śmietanki kremówki
  • 100 g białej czekolady
    Przygotowanie:
    1. Wymieszaj mąkę, proszek do pieczenia, sól, imbir i cynamon w proszku.
    2. W osobnej misce zmiksuj dynię, brązowy cukier, masło, jajko, imbir i 1 łyżeczkę ekstraktu z wanilii. Wymieszaj z mąką i 1/2 szklanki orzechów.
    3. Ciasto przełóż do wysmarowanej masłem formy i piecz przez około 35 - 40 minut w nagrzanym do 175 st.C piekarniku (lub 160 st. C z termoobiegiem). Ostudź.
    4. Aby przygotować polewę: zagotuj śmietankę, odstaw z ognia, dodaj kosteczki białej czekolady i pozostałe 1/4 łyżeczki wanilii. Mieszaj, aż czekolada się rozpuści. Ostudź i poczekać kilkanaście minut, aż polewa nieco zgęstnieje. Rozsmaruj po cieście i posyp pozostałą 1/4 szklanki orzechów.
    Zamiast surowej dyni można użyć do ciasta dyni mrożonej. Przelewam ją wrzątkiem i blenduje. Ciasto trzeba wtedy piec ciut dłużej. Cynamon i imbir (w proszku i świeży) da się zastąpić łyżką przyprawy do ciasteczek korzennych lub piernika ( to dla tych niemogących się doczekać Bożego Narodzenia). Nawet polewy do ciasta na dobrą sprawę nie potrzeba, bo mi pół blaszki zniknęło zanim zdążyłam ją zrobić. Wcinamy go "na sucho". 

    Przepis podwędziłam z Kwestii Smaku :)

    Apetycznego kontemplowania jesieni!

    Ściskam,
    Pliszka

    Szczypta pomarańczy dozwolona

    To jedyny taki czas kiedy pozwalam sobie na to nietypowe wizualne szaleństwo. Lubię kolory, ale nie wszystkie. Zazwyczaj zestawiam je trójkami. Przy czym  mocnych nie za dużo. W detalach.
    Ostatnio obowiązkowo delikatna zieleń plus fiolet. I dla wzmocnienia jesiennego nastroju ciemny szmaragd. Poza tym różne wariacje pasteli i okołoświątecznie czerwień.
    I tylko w okolicach Halloween dopada mnie ta chętka na pomarańcz. Może jako kontra przeciwko zbyt melancholijnym nastrojom. Tak dla zrównoważenia atmosfery. W końcu oranż wzbudza chęć do życia i motywuje do działania. Jak znalazł, by zbalansować mroczny nastrój.

    Choć bym się przed nim broniła ręcami i nogami - dzieciaki i tak wyciągną swoje Halloweenowe gadżety. A tych mamy od groma! Nie będę Wam tu jednak psuła wysublimowanego poczucia estetyki gumowymi czachami.Tylko zasugeruję istnienie tych dwóch przenikających się światów ;)










    W tych dniach prowadzi mnie Desiderata.

    I Wam spokoju życzę :*
    Pliszka

    Kulinarne sentymenty


    Każdy z nas ma na pewno takie potrawy, które za sprawą smaku, jak za pomocą wehikułu czasu, przerzucają ekspresowo do lat dziecięcych. Dla jednych jest to domowy rosół, podawany tradycyjnie i bez wyjątków do każdego niedzielnego obiadu – pełen tłuszczu i rodzinnego ciepła. Dla innych to smak szpinaku, którym katowała go kucharka na stołówce szkolnej – wspomnienie trudnych czasów i przyjaźni, jakie się ze współtowarzyszami tej niedoli tworzyło. Każdy z nas ma takie doznania w pamięci, dobre i złe, wyjątkowe i koszmarne. Przetrzymywane w głowie z namaszczeniem lub nie mogące z niej wylecieć, choćby się usilnie starało.

    Ja taką małą dziewczynką staję się jedząc krupnik. Siedzę przy wysokim stole, na dużo za dużym krzesełku. Nogi dyndają mi w powietrzu, a nade mną stoi ciocia Stasia i nakłada mi na talerz żołądków „bo taka mizerne dziecko z ciebie. A przecież dobre są. Jedz do końca, a zaraz będzie jeszcze dokładka”. Czuję na sobie wzrok reszty rodziny, nie mam gdzie uciec, a i starszej osobie odmówić nie wolno  - paraliż totalny. O tak, tą moją ówczesną bezradność czuję do dzisiaj jedząc krupnik, nawet bez żołądków. Teraz zresztą myślę, jak można było tak "katować" dzieci tym nieodchodzeniem od stołu bez zjedzenia do końca obiadu - kompletny brak zrozumienia i dla małej pojemności mojego żołądka i indywidualnych preferencji smakowych, no bo przecież dorośli nie byli tak zmuszani!

    Na szczęście oprócz tych złych wspomnień kulinarnych, mam w pamięci całą masę smaków i doznań wybornych. Takich na myśl których z rozrzewnieniem kręci się w oku łezka. Ruskie Babci Hanki, ze zgliwiałego sera, wysyłane przez nią w zawekowanych słoikach pociągiem z Kędzierzyna. Sernik kręcony przez Dziadziusia na każde święta - pachnący obłędnie prażoną skórką pomarańczową - jak na tamte czasy niebywałym rarytasem. No i te ciasta, najzwyklejsze domowe ciasta,  robione bez mała codziennie według tego samego, łatwego przepisu. Z owocami zrywanymi prosto z drzew i krzewów rosnących koło naszego domu - pieczone do póty, do póki do cna ich nie oberwaliśmy. Z porzeczkami, malinami, rabarbarem. Czy tak jak o tej porze, z szarymi jabłkami "Renatkami" lub małymi śliweczkami lubaszkami.
    Oj, do tych chwil bym się z chęcią wróciła. 
    Trudno mi jednak zdobyć zgliwiały ser, a i pomarańcze nie mają już tego zapachu co kiedyś. Na szczęście pozostają jesienne owoce i przepis na ciasto, dzięki któremu mogę, jak z sprawą wehikułu czasu, przerzucić się do tamtych lat i do tamtego ogrodu. Przywołać wspomnienia i smaki. Za pomocą przepisu tak szybkiego, że mogę to robić wręcz ekspresowo! Co też ostatnio zresztą często czynię :)


    Proste ciasto dla dzieci

    Smak dzieciństwa

    Plums recipe

    Rice melamine

    Śliwkownik

    Ib Laursen dzbanuszek miętowy

    Ib Laursen mint porcelain

    Przepis na ciasto z owocami

    Ciasto ze śliwkami (lub dowolnymi owocami)
    • 3-4 jajka
    • jeden niecały kubek cukru
    • dwa niecałe kubki mąki
    • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia 
    • 3/4 kostki masła (lub margaryny)
    • śliwki lub inne owoce według uznania
    Przygotowanie:
    1. Masło rozpuść w rondelku i ostudź.
    2. Umyj i pokrój ulubione owoce.
    3. Jajka i cukier zmiksuj w misce na puszystą piankę.
    4. Do pianki stopniowo dodawaj i miksuj masło, mąkę oraz proszek do pieczenia.
    5. Wyrobione ciasto przelej do wysmarowanej wcześniej masłem formy.
    6. Pokrojone owoce wciśnij lekko w ciasto.
    7. Piecz w temperaturze 180 st.C (termoobieg) około 45 min (w zależności od wielkości formy i grubości powstałej warstwy ciasta).

    Ja od lat robię je na oko, z różnymi owocami i w różnych formach. Zawsze wychodzi!
    Mój słodki, prywatny wehikuł czasu :)

    Ściskam jesiennie,
    Pliszka

    P.S. Za ten artystyczny nieład na cieście odpowiadają moje chłopaki, którzy zawsze mają frajdę z układania owoców. Wybaczcie, priorytetem był deser, a nie zdjęcia - robione zresztą przy okazji, wieczorową porą ;)

    Jesienny nastrój

    Chciałabym napisać, że kocham ten czas. Jesienne, złote liście spadające z drzew. Rumiane kasztany chowane w kieszeniach. Lekką, mroźną  mgłę unoszącą się nad ranem. Stragany pełne dojrzałych owoców i szafki pełne przetworów. Książkowe wieczory i spacerowe dni. Ciepłe koce i wygodne poduchy. Feerię barw, smaków i doznań. Napisałabym, a jakże, że jesień bywa piękna, bywa...

    Do rzeczy: Krzesełko do karmienia Timba Safety 1st

    Jakiś czas temu polska blogosfera zachorowała na pewne krzesełko do karmienia dzieci. Sami wiecie które ;) Nie powiem, wygląd tego nagle modnego, użytkowego przedmiotu i mnie zachwycił. Piękne skandynawskie wzornictwo czerpało od najlepszych. Wykonanie było iście perfekcyjne. Funkcjonalność przemyślana w najmniejszym aspekcie. Siedzisko po prostu idealnie skrojone dla rozbrykanego poszukiwacza smaków oraz jego jakże praktycznej i trendy mamy < czyli wypisz, wymaluj jak dla nas ;P > Napaliłam się więc na maksa i już oczami wyobraźni widziałam siebie i mojego Młodszego, jak z radosnym entuzjazmem zgłębiamy na tym szczycie estetyki techniki BLW. On będzie sam pięknie jadł, a ja będę delektowała się spokojnym rodzicielstwem i norweskim designem. Ha, piękna wizja, co utopijna. Człowiek to potrafi marzyć.

    Jak bańki mydlane

    Miliony kolorowych chwil, tysiące radosnych dni. Wygłupy, uściski, beztroska. Spokojne poranki i gwarne wieczory. Zwyczajne szczęście i niezwyczajni ludzie. Kochane twarze widziane codziennie. Dom, który był schronieniem i rodzina, która była ostoją. Dzieciństwo, w którym chciałabym trwać wiecznie…

    Witaj szkoło - pokój pierwszaka

    I zleciało. Sześć lat zabaw i beztroski minęło w mgnieniu oka. Nie sądziłam że tak szybko, zapomniałam, że to JUŻ. Ciągle przecież mam przed oczyma jego pierwszy uśmiech, którym powitał mnie na tym świecie, uśmiech którym oznajmił, że to teraz ja jestem całym jego światem. Ciągle czuję jeszcze ten dotyk malutkiej rączki zaciśniętej na moim palcu, zdeterminowanej nie opuszczać mnie do końca życia. Wspomnienia tak mocne, jakby to było zaledwie wczoraj.

    Arbuzem w upalne marudy

    Z nas Polaków to generalnie marudny naród. Cokolwiek by się nie działo, dobrego czy złego, i tak zawsze znajdziemy drugie, gorsze dno sprawy. Marudzimy, że kraj za biedny, sąsiedzi za bogaci, politycy za głupi, a pogoda za... wstaw stosownie od dnia. Narzekamy na wszystko – od wody pitnej w kranie, po ramówkę w telewizji publicznej. Nie odpuszczamy dzieciom, staruszkom i lekarzom. Przecież wszyscy chcą nam zrobić źle. A Ponbóczek to już na pewno chce nas pokarać. Za grzechy nasze i wasze. Nie może być inaczej. W końcu takie kłody nam rzuca pod nogi, taką straszną pogodę nam zsyła. Bo albo leje jak z cebra, albo praży jak na plaży. W dodatku grzmi i błyska. Nic tylko napić się trzeba. Wtedy na pewno się zapomni, jak tu źle na tej boskiej ziemi.

    Słodka kuchnia i muffinki (bez cukru)


    Lubicie słodką kuchnię? Ja za nią przepadam! Uwielbiam słodkości, najlepiej hurtem i bez ograniczeń. Wprawiają mnie w dobry nastrój i umilają życie. Potrzebuję ich do śniadania, obiadu i kolacji. Do kawy i koktajlu. Dosładzam praktycznie wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce, zwłaszcza nudne zupy. Desery to już właściwie obowiązkowo. Sałatki też mi się nie wywiną. Nie używam jednak do tego bez umiaru glukozy, fruktozy, czy tam innej sacharozy. O, nie! Ja doprawiam dania w inny sposób - stosuję wyborną pastelozę. Znacie ją, prawda? To taki dietetyczny słodzik, modny ostatnio. Wynaleziono go po to, aby sam talerz, miska lub kubek był na tyle słodki, że osoba spożywająca potrawę nie poczuła w nim braku tej innej, spożywczej słodyczy. Zalecany zwłaszcza przez duńskich lekarzy z klinik Ib Laursen, Rice i Green Gate. Badania kliniczne potwierdziły jednak, że działa tylko na kobitki, a skutkiem ubocznym częstego stosowania  może być uzależnienie. Trudno uleczalne, niestety.

    Minimalizm - nie, dziękuję!

    Podziwiam wszystkie wnętrzarskie minimalistki, otaczające się ascetycznymi dodatkami topowych, skandynawskich marek i stosujące paletę kolorystyczną tak wąską, jak talia Scarlett O’Hary. Podziwiam, lecz nie udaje mi się przybliżyć ani o centymetr do ich wybielonej  wersji domów, z salonami pełnymi białych, lnianych poduch, sterylnymi kuchniami i pokojami dzieci z trzema zabawkami na krzyż (koniecznie z drewna!). Z urządzaniem mieszkania jest u mnie bowiem jak z dietą. Niby wiem, że co za dużo to niezdrowo, że nie tak wyglądają mieszkaniowe trendy i co ociera się o infatylizm. Ale niestety, zbyt często ulegam pokusom. Zbyt często sobie folguję i zbyt często dopada mnie szpargałowy szał zakupowy. Żeby choć w jednej, stonowanej i minimalistycznej konwencji. A gdzie tam! Wszystkie kwiatki, kratki, kropki są moje! Totalny stylistyczny misz-masz!

    Wymiękam na takich zakupach zwłaszcza w chwilach krytycznych. Wymiękam, gdy dopadają mnie smutki, chandry, doły i deprechy. Nie zagryzam ich bowiem kolejnymi porcjami ciastek, batoników i lodów – ja wtedy dosładzam się wizualnie. Kupuję barwne notatniki, robię wystawki z ulubionych drobiazgów, wieszam urocze obrazki, rozstawiam przywoławcze uśmiechów... I wiecie co, skutkuje! Kiedy dom tonie w słodkiej porcelanie, ptaszkach, kwiatkach i pastelach jest mi lepiej, dużo lepiej. Zresztą taka słodycz nie idzie w biodra, co najwyżej bije trochę po oczach moich chłopów ;)

    Ostatni rok miałam ciężki i smutny (kto wie, ten wie). Dokładając trzy pobyty w szpitalu z dziećmi, niekończące się przeziębienia, rotawirki i grypy, już dawno powinnam była mieć wykupiony karnet do najlepszego psychologa w mieście lub co najmniej własny pokój w wariatkowie. Pomogły mi duże ilości kakao, rodzinne uściski oraz radocha, jaką daje osładzanie własnego gniazdka. I choć fizycznie sił nie miałam (i dalej nie mam) na żadne twórcze DIY czy spektakularne zmiany, wystarczą mi sporadyczne wizyty w sklepach i buszowanie po sieci. TKMaxx robi za najlepsza cukiernię, H&M Home ma dostawy lepsze niż Telepizza. Nie znam dla siebie skuteczniejszej terapii. A minimalizm - cóż: Nie, dziękuję! Liść scandi sałaty mi jeszcze nie wystarcza ;)

    Home office

    Female office

    Ostatnio polegam przy festyniarskim, zielono-różowym koszyku z Ikei, który uśmiechał się do mnie i wołał z półki „Bierz mnie!”. Te niestonowane kolorki, ten nie pasujący mi plastik, ta niezaduża przecena. Wszystko tak bardzo na nie. Ale nie, NIE mogłam mu się jednak oprzeć! Bo w końcu planowany pobyt w szpitalu. Trzeba sobie zrekompensować te smutki i smuteczki. Niby usuwanie migdałków u dzieci to podobno fraszka, ale matka zawsze się będzie przejmować na wyrost. A i spadek serotoniny gwarantowany. Kupiłam więc, nie podejmując nawet zbyt dużej walki z racjonalnym pytaniem „Ale co ja z nim zrobię?”. Przecież to oczywiste, że wykorzystam go jako stojak na gazety!

    IKEA picnic basket

    Retro picnic basket

    Lovely office stuff

    Pink bird graphic

    Bookmark bird

    Bookmarks

    Washitapes dots

    Dianthus Pink flowers

    H&M box

    Słuchawki z Lidla

    Office corner

    Office decorations


    Codziennie sobie patrzę na mój zdecydowanie nieascetyczny, biurkowy kącik i szeroko się  do niego szczerzę. Autentycznie czuję jak poziom hormonów szczęścia powoli wraca mi do normy (wiadomo, polepszający się stan zdrowia Jasia też ma na to wpływ - już zresztą wróciliśmy  do domu). Popijam dla kurażu herbatę w pastelowej porcelanie i zaczarowuję nią szarą rzeczywistość. Resztę nadprogramowych smutków odganiam kolorowymi grafikami. Na przykład tymi sprezentowanymi przez utalentowaną Anua. Do których też się zresztą ciągle uśmiecham. Są jak wisienka na torcie w moim słodkim, chaotycznym mini-biurze.

    Posypka zaś to:
    • Ptasia deseczka PiP Studio, kubek Pantone, notes To do  - TKMaxx
    • Talerz Żuczek, pudełko w łączkę - H&M Home
    • Zielony świecznik, zielony kubeczek, fioletowa doniczka,  kosz piknikowy - Ikea
    • Druciany koszyk, piórnik, nożyczki - Flying Tiger
    • Litery, ptaszek w klatce - Hurtownia Róża
    • Kolorowe długopisy, washitapes - Alliexpress 

    Być może innym faktycznie wystarczyłyby tylko minisałatka, ja jednak jestem wzrokowym łasuchem ;)



    Ślę słodkie uściski,
    Pliszka




    Może spodobają Ci się też:
    => Kraina fantazji biurowych
    => Do diaska z planowaniem
    => Zapudłowana 

    Palcem po mapie


    Nie wiem jak teraz wygląda nauka geografii w szkole, ale mam nadzieję, że już nie uczą wielkości zbiorów prosa i sorgo w Republice Konga. Oj, długo się nie lubiłam z tym przedmiotem za te wszystkie absurdalne statystyki eksportu i importu dóbr kopalnych z Chin czy wysokość płodów rolnych byłych republik radzieckich, wykuwane na blachę przed każdą klasówką. Jakoś nie zostałam dzięki nim liderem w handlu miedzią na rynkach azjatyckich, ani potentatem od hodowli kóz na kazachstańskich stepach ;)

    Ciasteczkowy kamuflaż


    Ileż to się my, kobitki musimy zawsze nakombinować, żeby zrobić domownikom taki posiłek, aby był jednocześnie i zdrowy, i apetyczny. Taki na widok którego kubki smakowe dzieci skaczą z radości, a matka nie ma wyrzutów sumienia, że karmi trocinami. Po który Mężuś wyciąga łapę sądząc, że to deser, a nie kara za zbyt duże ilości pochłanianej pizzy. Przyrządzony z wartościowych składników, sprytnie zakamuflowanych w środku.

    Mama na gigancie

    Fantazjowałam o tym weekendzie od dawna. Dwie noce bez dzieci, ja, moja siostra i stara, dobra Warszawa. Nie było mnie tu blisko trzynaście lat, poczaszy od skończenia studiów. Tak na dłużej, z uwagą. Nie liczę bowiem szybkich wyjazdów na szkolenia, bo wtedy nie można nią dobrze zaciągnąć. A jest czym. Wiele się tu przez te lata pozmieniało. Czuć w powietrzu dużą metropolię, i nie mam na myśli tu tylko spalin.  To te rewelacyjne knajpy, nowoczesne budynki, ciekawe imprezy i kolorowych ludzi – wszystko to zgrywa się w fantastyczną całość. W miasto, do którego tęskniłam po nocach.

    Beztroski czas

    Chciałabym zatrzymać ten czas. Na zawsze. Chciałabym patrzeć wciąż i wciąż na ich słodkie, dziecinne buzie. Słuchać bez przerwy ich perlistego śmiechu i nieustannego przekomarzania. Zasypiać spokojnie wtulona w ich ciepłe ciałka. Budzić się z rana wśród łobuzerskich chichotów i łaskotek. Czuć wokół to szczęście.

    Kobieta kobiecie - prezenty na Dzień Mamy

    To nie tak, że tylko w tym jednym dniu i koniecznie z workiem pieniędzy, że tą miłość i wdzięczność za bycie zawsze blisko trzeba wykrzyczeć i zamanifestować. Wydziergać na makatce lub oprawić w ramki. Mama wie, nie potrzeba jej tysiąca słów i stosu prezentów. Daje z siebie wszystko, nie oczekując nic w zamian. Bezinteresownie. Wystarczy jej nasze szczęście odbite w jej oczach. 
    Ale my jesteśmy szczęśliwi, kiedy też możemy jej coś ofiarować. Pokazać, że dla nas jest ważna. Musi więc nam dziś wybaczyć szaleństwo zakupowe na jej cześć. I cieszyć się naszym szczęściem z jej szczęścia!

    Sypialnia, której nie ma

    sypialnia Ikea

    Jeszcze mam w pamięci tą cudowną swobodę i beztroskę bycia razem, tylko we dwoje. Nieśpieszne poranki, swawolne wieczory. Puste kieliszki po winie i puste półki w lodówce. Satynową pościel na niezasłanym łóżku i świece zapachowe w łazience. Niedbale rzuconą garderobę i przeczytane w połowie książki. Pięćdziesiąt metrów wolnej przestrzeni, tylko dla mnie i dla niego. Do spania, zabawy i błogiego lenistwa.

    Fit czy nie fit - oto jest pytanie! Jaka odpowiedź - placuszki owsiane


    Teraz cała Polska chce być szczupła. Co drugi Polak ćwiczy, biega, je bio, eko i vege. Z  każdej gazety, TV, IG, FB, YT, i co tam kto jeszcze ogląda, wyskakuje uśmiechnięty nieznajomy (lub co gorsza znajomy) z fit drinkiem, fit ubraniem, fit ciałem. I innych, bynajmniej nie fit, oglądających wpędza w poczucie beznadziejności.

    Majowy flow


    Maj to odlotowy miesiąc. Myśli, uczucia, natura - wszystko buzuje we mnie ze zdwojoną intensywnością. Kwitnie bez, mój ukochany, a jego zapach szaleńczo uderza mi do głowy. Kwitnę i ja. Odurzam się tym szczęściem i wiem, że teraz jest mój czas, teraz mogę zrobić wszystko. Spontaniczny wypad z mężem za miasto - czemu nie? Zdrowa dieta? Jak najbardziej! Sukienka w kwiaty - jak nie teraz, to kiedy? Fioletowe akcenty w domu - już, zaraz, natychmiast!

    Bajka dla rodziców

    Kiedy cztery lata temu ktoś mówił mi o dzieciach przesypiających całe noce, patrzyłam na niego jak na cynika bez serca, który chce nieprzytomnej z niewyspania matce zarzucić brak właściwego podejścia wychowawczego. Jak na złośliwego gnoma, który z satysfakcją punktuje mi nieudolne próby wdrożenia rutyny w życie mojego wówczas jedynego potomka. W ostateczności bajarza, który udowadnia istnienie mitycznych stworzeń. Przecież daleki kuzyn syna córki sąsiada ma takie fantastyczne dzieci, co to jak tylko dotkną pościeli to zapadają w czarodziejski sen i ciurkiem przesypiają 12 godzin. Zresztą dzieci kuzyna jego kuzynki też... nie mówiąc już o potomstwie kuzyna ;)  Bo jakże można wierzyć w te historie z gatunku urban legend zasłyszane w kolejce do warzywniaka, rozpowszechniane przez wszechwiedzące starowinki.

    Ale jaja (czyli Wielkanocne DIY)


    Bywanie w gazetach zobowiązuje. W kwietniowym Moim Mieszkaniu zaprezentowałam się jako mistrzyni ekspresowych DIY i teraz muszę się z tego tutaj przed Wami wyspowiadać ;) Więc tak, faktycznie w swoim panieńskim życiu popełniłam wiele różnorakiego rękodzieła. Była faza decoupage, haftu krzyżykowego i scrapbookingu. Ukończyłam kurs pergamano i bawiłam się w "teabagfolding". Kleiłam, wycinałam i haftowałam. Dziurkowałam i składałam. Szyłam i przerabiałam. Nawet z gliny lepiłam. Cosik sprzedałam, większość sprezentowałam. Żadna tam profeska, wszystko dla zwykłej twórczej radości. Przez dziedziczny syndrom niespokojnych rąk ;)

    Przygoda na tapecie

    Jak skowronek codziennie rano wyskakuje z łóżka, szybko zjada śniadanie i pędzi poznawać świat. Do klocków, książek, przedszkola - z uśmiechem na ustach i głową pełną fantazji. Pełen energii, niestrudzony w poszukiwaniach wiedzy. Zadaje multum pytań o zwyczaje zwierząt, państwa na mapie, najwyższe szczyty. Rozkminia łamigłówki i wyczynia dzikie harce. Każdy dzień to dla niego nowe odkrycia. Każdy dzień to dla niego nowa przygoda!

    Jagodowa genetyka

    To niesamowite jak wielki ma wpływ te kilkadziesiąt chromosomów sprezentowanych nam przez rodziców przy poczęciu. Kolor oczu, włosów, karnacja. Talenty, inteligencja, osobowość. Plus cały pakiet wad i zalet, odporności lub chorób. Wszystko to dziedziczymy - niestety przewrotnie nie wprost.

    Przelotnie: Silesia Bazaar Dizajn vol. 3


    Odkąd obok Spodka stanęło Międzynarodowe Centrum Kongresowe Katowice wybudziły się z lifstajlowego letargu. Nie, żeby wcześniej nie było ciekawych wydarzeń kulturalnych. Były, a jakże. Coś gdzieś ktoś słyszał. Pokątnie i po fakcie. Od dalekich krewnych i pani z kiosku. Zazwyczaj zapewne o giełdzie minerałów, bo ta dobrze się afiszowała po mieście. O pozostałych wydarzeniach tylko z Ultramaryny, inaczej ani rusz.

    Romantyzm zwyczajny czyli miłosne shelfie

    Ale jak to -  przecież muszą być krwistoczerwone róże i pudełko czekoladek! Fantazyjna kolacja i szampan. Ognista szminka i koronkowe stringi. Inaczej on nie kocha jej, ona nie kocha jego. Bo jak okazywać sobie uczucia, to tylko w taki sposób - oczywiste, prawda? Cała ten reklamowy zgiełk, narodowe ruszenie na stragany z kwiatami i seksowną bielizną. Tysiące ludzi nie może się mylić! Miłość trzeba pokazać tu i teraz, tylko dzisiaj, bo inaczej marny z ciebie romantyk i serce masz zapewne z lodu.

    Do diaska z planowaniem

    Znowu dałam się podejść. Który to rok z rzędu, dziesiąty, a może piętnasty...  Czy na studiach byłam tak naiwna, czy może dopiero po ustatkowaniu się przestałam trzeźwo oceniać sytuację. Już nie pamiętam...   A schemat zawsze jest ten sam. Pełne nadziei i optymizmu cele spisane w pachnącym nowością zeszyciku z kalendarzem na nowy rok. Wykaligrafowane starannie fioletowym cienkopisem. Rok rocznie niewykonywane. Porzucane na stracie, bądź w połowie drogi. Przewidywalnie, już pod koniec stycznia, jeśli w ogóle zaczęte. I niezmiennie kręcące się wokół tych samych tematów - samorozwoju, wagi lub kiepskich nawyków.

    MÓJ INSTAGRAM - PLISZKA MONIKA

    Copyright © My little nest